poniedziałek, 5 października 2015

1

Ruth, 20 marzec
21.00
-Ruth, wstawaj.-usłyszałam zaspany głos mojej przyjaciółki. Wydałam z siebie kilka niezidentyfikowanych słów i powoli otworzyłam oczy. W przedziale byłam tylko ja i Agnes, alleluja! Przez 6 godzin musiałam wytrzymywać pewną panią z okropnym 6letnim bachorem. To nie było dziecko, to było wcielenie szatana. Darł się na cały pociąg, że nie chce tym jechać. Co 5 minut marudził o różne bzdury, np. siusiu, piciu, jeść. Czepiał się mnie o porwane spodnie. Był bardzo miły...Stwierdził, że mnie nie stać na nowe i chodzę w dziurawych. Kiedy mu 'grzecznie' odpowiedziałam zaczęła się na mnie drzeć jego matka, że jestem niewychowana. Ah, to teraz ja nie umiem się zachować? Czasami mam ochotę jeździć po osiedlach z workiem prezerwatyw i rozdawać ludziom żeby więcej nie rodziły się takie potwory. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, już grubo po 21.
-Dojechałyśmy?-zapytałam ziewając.
-Tak, a co z tą Amber?
-Mamy przyjechać do niej do domu, ona wróci dopiero jutro od rodziców.-odpowiedziałam wstając. Wzięłyśmy nasze bagaże i wyszłyśmy z przedziału, co nam marnie szło. Tłumy przepychały się do wyjścia, ale jakoś dałyśmy radę. Stanęłam niczym słup przed mapą miasta i szukałam ulicy, na której mieszka Amber.
-Daleko to?-westchnęła Agnes.
-Jak mi dasz w spokoju poszukać to ci powiem.-burknęłam. Byłam strasznie zmęczona tą podróżą, a zmęczona Ruth=zła Ruth. W końcu znalazłam daną ulicę i ruszyłyśmy do wyjścia.
-Taxi czy autobus?
-Autobus, pojedziemy na gapę.-powiedziała Agnes udając się w stronę przystanku. Szybko ogarnęłyśmy, który mamy najbliżej domu i usiadłyśmy na ławce.
-Jak myślisz, co zrobią twoi rodzice?-zapytałam.
-Nic. Mniej osób do wykarmienia. Pewnie wiedzieli, że taki dzień nastąpi. 
-Agnes przestań tak mówić, to w końcu twoi rodzice, nie mogą tak myśleć. Na pewno się martwią.-odparłam zmęczona. Czasami mam dość jej marudzenia o rodzicach i tego, że jej nie kochają, ale...jest w końcu moją przyjaciółką, prawda?
-Dobra, zmieńmy temat. Nie martwię się teraz tym, co sobie pomyśli moja rodzina. Martwię się tym, jak sobie poradzimy z tym wszystkim.-odpowiedziała, a ja zauważyłam nadjeżdżający autobus. 
-Spokojnie, tym nie musisz się martwić.-zaśmiałam się i weszłam z nią do pojazdu.



Amber, 19 marzec


Nie mogę się doczekać, aż zobaczę Ruth! Dawno nie rozmawiałyśmy jak za dawnych lat. Gdy powiedziała mi, że przyjeżdża do LA nie mogłam opanować emocji momentalnie się rozpłakałam. Ze szczęścia, oczywiście. I w dodatku będziemy razem mieszkać! I poznam dziewczynę, która zajęła moje miejsce w sercu Ruth... No ale kto wie, może jest ok. Raczej musi być ok, skoro moja przyjaciółka ją polubiła. A ona mało kogo lubi. Dobra jestem roztrzepana przez jej (ich) przyjazd i sama nie wiem co mówię. Pewnie zaraz znowu się rozpłaczę. Ale nie chcę, by godzina w łazience poszła na marne. Chcesz być piękna, musisz cierpieć Amber. 
Jeszcze raz sprawdziłam czy wszystko przygotowałam:
-łóżko, półka, kontakt dla Ruth (są)
-łóżko, półka,kontakt dla Agnes (są, a przynajmniej kanapa i kilka wieszaków)
-jedzenie (jest)
-miejsce w łazience dla dziewczyn (jest)
-sprzątnięty dom (jest)
Także nie powinny narzekać. Po dokonaniu sprawdzenia wzięłam torbę, zamknęłam dom na klucz i wyszłam na dwór, by odpalić samochód. Powiadomiłam mamę, że będę za pół godziny i ruszyłam.
I pomyśleć, że jutro jak wrócę, Ruth będzie na mnie czekać na kanapie.

Agnes, 20 marzec
21:30 

Dojechałyśmy do domu tej całej Amber w równe pół godziny. Mówiąc delikatnie, jestem zmęczona. Marzę teraz jedynie o łóżku... Ruth chyba też, w autobusie przykleiła się do szyby i mamrotała coś o Mansonie, no nic, nie wnikam. Z resztą sama się sobie nie dziwie, ta podróż była mega męcząca. 
-Agnes, czekaj, to tu-powiedziała Ruth, zanim przeszłam przez ulicę.
Weszłyśmy na jej posiadłość. Byłam pod wrażeniem, naprawdę ładnie się tu urządziła, nie wspominając o bajecznym ogrodzie. No, ale teraz ja też będę tu mieszkać, hehe. Zauważyłam, że w kilku miejscach są małe karteczki z jakimiś informacjami. Pokazałam je przyjaciółce, a ta zaczeła czytać.
-Nic ciekawego, pisze, że wróci o 22:00, jedzenie jest w lodówce, a pokoje są oznaczone.
-Ok-Tylko tyle z siebie wykrztusiłam. Pobiegłam resztkami sił i otworzyłam drzwi, na których pisało moje imię. Łóżko, łóżko mi się marzy.
 

niedziela, 13 września 2015

0

Agnes, 20 marzec
W życiu są takie chwile, że masz ochotę porzucić wszystko i wyjechać. Zostawić rodzinę, dom, w którym się wychowałaś i wspomnienia. I uciec. Tak po prostu, bez poczucia winy, uciec. Właśnie dziś miałam taką myśl. Postanowiłam, że tym razem naprawdę to zrobię. Mam dość mojej okolicy, pełno fałszywych i zawistnych ludzi. W dodatku moja super rodzinka, która mnie nie rozumie i odkąd pojawił się na świecie nowy członek rodziny Thompson'ów, nikogo nie obchodzi już Agnes, tylko ukochany Tom. Pieprzony 13latek, który od zawsze był rozpieszczony, a ja czułam się (i czuję) jak piąte koło u wozu. Tata całymi dniami pracuje i wraca o 21:00. Brakuje mi go. Jedyny mnie rozumie i pamięta, że ma córkę. O mamie szkoda mówić, zapatrzona w siebie i nadal myśli, że ma 20lat, heh. A na resztę rodziny szkoda marnować czas..
Tak więc umówiłam się z Ruth na dworcu o 14:00 i miałyśmy pojechać pociągiem do Los Angeles. Ruth to moja przyjaciółka od dzieciństwa. Mieszka kilka ulic dalej, wychowywałyśmy się razem. Mimo, że jest wredna i sukowata, za co większość ludzi jej nie trawi, ja ją właśnie taką lubię. Uwielbiam się z nią śmiać i mam wrażenie, że to przyjaźń na zawsze. Jednak mało o sobie mówi. Nawet mi.
Korzystając z tego, że mam pokój na parterze jakoś udało mi się przedostać dwie wielkie walizki przez okno. Włożyłam do kieszeni telefon, słuchawki i portfel, i bez najmniejszych podejrzeń wyszłam z domu. Babcia jedynie zapytała, gdzie się wybieram (Wow, robi postępy, może następnym razem będzie o mnie pamiętać robiąc obiad. Zaraz. Następnego razu nie będzie.), na co ja odpowiedziałam do Ruth, co w sumie było prawdą. Nie do końca, ale prawdą. Zamknęłam drzwi i pobiegłam po walizki. Zabrałam je i udałam się na przystanek autobusowy, skąd pojadę na wymarzony dworzec. Nie musiałam długo czekać, ponieważ autobus zjawił się po 5minutach. Wsiadłam do niego z całym moim asortymentem, podekscytowana i ze świadomością, że opuszczam to okropne miasto. Zanim się obejrzałam, byłam na miejscu. Od razu wypatrzyłam Ruth w tłumie. Szybkim ruchem dotarłam do niej i przywitałyśmy się uściskiem.
-Za 10 min odjeżdżamy. Wagon nr 4, zapamiętaj.-oznajmiła Ruth.-Na pewno chcesz to zrobić?
-Chcę tego bardziej, niż ruchać się z DiCaprio o północy na dachu w świetle gwiazd-Puściłam jej oczko i ruszyłam w drogę do pociągu, po czym ona zrobiła to samo.
Gdy usiadłyśmy na swoich miejscach Ru zaczęła rozmowę.
-Mieszkaniem się nie martw, załatwiłam to. Będziemy mieszkać u mojej dawnej przyjaciółki, Amber.-spojrzała na mnie- Ona wie, że chcemy założyć zespół.
-I jak zareagowała, gdy jej to powiedziałaś?- Byłam ciekawa, ponieważ niektórzy wyśmiali by taki pomysł. To nie takie proste. Niestety...
-Na początku się zdziwiła, a potem życzyła nam powodzenia. Musicie się poznać, Amber jest naprawdę ciepłą osobą.
-No na pewno poznamy, skoro będziemy razem mieszkać-prychnęłam- Ile jeszcze drogi?
Ruth wybuchnęła śmiechem.
-Nawet pociąg nie ruszył-poprawiła włosy- Przed nami 7 godzinna jazda.
-Boże- Wyjęłam poduszkę z walizki i podłożyłam pod głowę. Włączyłam moją ulubioną płytę Guns n Roses i zanim się obejrzałam, zasnęłam.